wtorek, 20 lutego 2018

Uroda to najmniejsza część naszego piękna, mimo iż widoczna na pierwszy rzut oka


Maseczki to jeden z ważniejszych elementów naszej pielęgnacji. Znane były już w starożytności, o czym wiemy dzięki papirusowi a Abbas z XVI w.p.n.e. Zapisany w nim został przepis na maseczkę z wina i chleba świętojańskiego. Maseczki stosujemy między innymi w celu intensywnego oczyszczenia ponieważ wzmagają wydzielanie potu, zmiękczają keratynę oraz zwiększają mikrocyrkulację krwi, dzięki czemu składniki aktywne mogą intensywniej penetrować w głąb naszego naskórka. Więcej o samych maseczkach przeczytacie niebawem TU. Dziś jednak chciałem podzielić się z wami moimi wątpliwościami związanymi z maseczkami włókninowymi oraz opowiedzieć ciut więcej o maseczkach błotnych i glinkowych, czyli jednych z moich ulubionych rodzajów maseczek. Ale po kolei.


piątek, 9 lutego 2018

Kiedy miłość zagląda nam w oczy nie pyta o kolor spojrzenia


Jak co roku instytut Pantone ogłosił kolor roku. Jak wiadomo nasze gusta się zmieniają, a oni tam w tymże instytucie siedzą i analizują właśnie nasze gusta i guściki. I właśnie na podstawie naszych wyborów i preferencji wyszło, iż w tym roku najchętniej sięgać będziemy po kolor 18-3838, czyli Ultra Fiolet. Zapewne sięgać też będziemy po wszelkie wariacje koloru fioletowego, bo przecież każdy z nas jest choć trochę indywidualistą, a i sam kolor roku to w sumie wyciągnięcie średniej naszych wyborów. Tak więc to po prostu wypadkowa statystyczna. Pamiętajmy, że Fiolet ten jest wizjonerski, oryginalny, prowokujący, twórczy — tak między innymi opisywany jest ten odcień. Według Laurie Pressman, wiceprezes Pantone Colour Institute, Ultra Fiolet jest odzwierciedleniem tego, co potrzebne nam w dzisiejszym świecie. Osobiście zawsze miałem jakieś ciągoty do tego koloru, więc jak dla mnie to doskonały wybór. Zatem dziś postanowiłem pobawić się odcieniami fioletu i pokazać, że idealnie odnajduje się on choćby na paznokciach. Pomocą stała mi się tu marka lakierów hybrydowych Vasco, ponieważ w ich palecie barw jeszcze w listopadzie ubiegłego roku odnalazłem prezentowane dziś kolory.


niedziela, 4 lutego 2018

Często żremy się nawzajem... Zapominając o miejscu na deser


Jakoś tak ostatnio bierze mnie retro nostalgia czy coś… Jak nie opowiadam wam o zapiekankach jako smaku dzieciństwa (przeczytasz TU) to o pączkach i tym, że te na tłusty czwartek wcale nie były kiedyś takie słodkie i lekkie (tekst znajdziesz TU). Zatem dziś znów przeniosę nas jakby trochę do końcówki słusznie minionej epoki, może trochę też do początków innej acz również od kilku lat minionej, ale jakże barwnej mimo wszystko. Odnoszę takie wrażenie, że w tamtych właśnie czasach chętniej sięgaliśmy po tanie, smaczne a jednocześnie efektowne i barwne - galaretki. Wystarczy niewiele dodatków, na przykład owoce, które zalane galaretką wyglądają jakby lewitowały w przestworzach. Zaś poszarpana choćby widelcem czy pokrojona w kostkę galaretka w kilku kolorach oraz ciut bitej śmietany i bakalii tworzą bajeczny i świeży deser, którego nie powstydziłby się niejeden mistrz kuchni. Gdy zaprzęgniemy galaretki do innej pracy i pomogą nam one zabarwić lub usztywnić inne masy, to właśnie w ten prosty sposób stworzymy serniki na zimno, domowe ptasie mleczka czy musy owocowe. Właśnie dzięki prostym deserom z żelatyną (a jak kto lubi, z agarem) moje dzieciństwo było tak smakowite, kolorowe i proste. Nawet prosta galaretka z owocami stanowiła idealne „comfort food”, które potrafiło naprawić zło całego mojego świata. Domyślam się, że się teraz uśmiechacie do swoich własnych wspomnień z dzieciństwa. Zatem dziś jedna z najbardziej szalonych i barwnych wariacji ciasta bez pieczenia czyli galaretkowiec.


czwartek, 1 lutego 2018

Made with love


Mówienie w lutym o miłości wydawać by się mogło aż nazbyt trywialne. Przecież już od jakiegoś czasu zewsząd zalewają nas kartki z serduszkami czy słodziutkie opakowania fikuśnych cukiereczków. Wszystko wprost krzyczy o święcie zakochanych. Osobiście mi to nie przeszkadza, gdyż ja miłość świętuję kiedy tylko mam na to ochotę. A 14 lutego to tylko dodatkowa okazja do celebrowania miłości. Ale właśnie dziś nie o Walentynkach bynajmniej. Nie o tym wyjątkowo przez jednych lubianym, a przez innych negowanym święcie. Tym o czym chcę wam dziś opowiedzieć jest… No właśnie, to moja obecna fryzura. Niejedno z was powie: Ale jak to?! O czym on w ogóle opowiada?! Co za brednie — Otóż najzupełniej w świecie moja obecna fryzura jest jak najbardziej realną i idealną odpowiedzią na lutowy temat lutego wspólnej blogerskiej akcji „wyjątkowy rok”, o której przeczytacie więcej TU.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Każdy widzi szczęście na swój sposób, a jak ten sam temat widzą internetowi twórcy?


Wielu osobom prowadzenie bloga wydaje się banalnie łatwą sprawą. Pieniądze leją się strumieniami, a ty właściwie nic nie robisz. Jesteś blogerem/vlogerem, więc od firm dostajesz masę produktów a w restauracjach jesz za darmo. Podobnież hotele nie robią nic innego tylko czekają aby za friko ugościć cię w swoich apartamentach. Zrobisz kilka zdjęć, napiszesz parę słów lub nagrasz kilka minut filmu i gotowe. Jest fejm i hajs się zgadza. Nie odbierz tego źle w tej chwili, drogi czytelniku, gdyż nie będę bynajmniej narzekał jak jest mi ciężko, bo mnie osobiście nie jest. Robię to co lubię i sam sobie jestem okrętem, sterem, żeglarzem. Ale nawet mnie zdarzają się momenty gdy nie mam pojęcia co napisać aby dać wam coś więcej niż tylko pokazać kolejny produkt czy usługę. Zawsze chcę aby treści, które dla was przygotowuję były nie tylko merytoryczne ale zawierały też przydatną wiedzę wspieraną moim własnym doświadczeniem. Tak więc bywa, że trudno jest mi napisać coś nowego i interesującego, zdarza się brak weny a inne zajęcia sprawiają, że chwilowo mamy mniej czasu. Czasem to co się dzieje wokół nas sprawia, iż potrzebujemy przerwy aby odpocząć. A zebrać się z powrotem do tworzenia też wcale nie jest łatwo i potrzeba jakiejś motywacji. Oczywiście dużą motywacją są wasze komentarze oraz wasze zaangażowanie. Ale czasem potrzeba też wsparcia od innych twórców internetowych i dlatego postanowiłem zapoczątkować taką oto akcję.



czwartek, 18 stycznia 2018

Na co do kina w 2018 roku


Nie wiem jak wy, ale chodzenie do kina ma dla mnie wymiar czegoś więcej niż tylko obejrzenia filmu. Ten klimat sali kinowej, wielkość ekranu, jakość dźwięku… przynajmniej w obecnych czasach. Bo kiedyś jeszcze, za czasów mojego dzieciństwa, to też była magia, ale trochę inna. To, że pochodzę z małej miejscowości nigdy nie było dla mnie problemem i bynajmniej powodem do kompleksów. Odnoszę teraz i takie wrażenie, że właśnie dzięki temu jestem właśnie taki jaki jestem. Gdy miałem sześć lat najbliższe kino w gminnym ośrodku kultury nie wyświetlało filmów codziennie, tylko w weekendy, i już wtedy były to naprawdę starocie. Ale miałem szczęście i pamiętam jeszcze nie reklamy a Polskie Kroniki Filmowe. Śmiesznie jest przypomnieć sobie po latach, jakie to było toporne. Bez mała jak trudne sprawy w ‘tivi markecie’, które uprzykrzają nam życie ale sklep ma na nie rozwiązanie idealne. I o dziwo, mam wrażenie, że obecnie robi się programy informacyjne jak niegdyś Kroniki. Obecnie reklamy przed filmami też tworzą pewien specyficzny klimat, może nie idealny, ale jednak. A i spóźnić się na początek filmu dzięki temu trudniej. Do kina jednak wybieram się na filmy, które wydają mi się warte właśnie tego klimatu. Zresztą sami dobrze wiecie, że są takie filmy, które wystarczy obejrzeć w domu — nawet przy gotowaniu czy sprzątaniu — i nic nie stracą. Ale na szczęście są i takie, które zasługują na pełną uwagę, o którą w kinie łatwiej. Właśnie dlatego plan tego co chcę obejrzeć w kinie buduję dużo wcześniej, zazwyczaj już na początku roku, aby później ewentualnie coś do niego dopisać. Bo skreślić coś z mojej listy kinomaniaka właściwie mi się jeszcze nie zdarzyło.


niedziela, 14 stycznia 2018

Czy trzeba być koneserem aby lubić zapiekanki za to, że są z serem?


Pamiętam, że jako dzieci robiliśmy je dość często, bo nie wymagały dużo pracy oraz czasu, a i składniki na nie zazwyczaj w domu jakieś były. W zasadzie najważniejsze były bułki. Ale przecież i na pajdzie chleba dało się zrobić zapiekankę. No i ser żółty. Żadna zapiekanka bez ciągnącego się sera i chrupiącego, przypieczonego pieczywa nie byłaby sobą. Jak byłem już nieco starszy i w domu zaczęli się pojawiać moi szkolni znajomi i przyjaciele, to zapiekanki były najszybszym sposobem na tanie, syte i w dodatku ciepłe danie. Nie licząc zupek chińskich, ale to już danie bliższe wieku studenckiego, gdy przed jedzeniem są ważniejsze wydatki. Pamiętam też jak niejednokrotnie podawałem zapiekanki na mniejszych lub większych imprezach, czy choćby karnawałowych szaleństwach. A nawet zdarzyło się i na Sylwestra podać dość wykwintne mini zapiekanki. Nie pamiętam już czy były one z krabem czy z serem brie i oliwkami, ale pamiętam, że smakowały wszystkim i zniknęły ze stołu bardzo szybko. Od kilku lat mam wrażenie, że z powodu ich chyba zbytniej prostoty trafiły głównie do taniego fast-foodu gdzie straciły wiele. Na szczęście są jeszcze miejsca, które nadal pomagają nam je zatrzymać w pamięci a nawet i odkrywać na nowo ich smaki, Jak choćby kompleks zapiekankowy na Krakowskim Kazimierzu. Kiedy bym tam nie był, tłumek smakoszy zapiekanek nie maleje. Właśnie dzięki takim miejscom porządne zapieksy poznawać mogą również i młodsze pokolenia, które co prawda chętniej po męczącym dniu pochłoną tradycyjnego polskiego kebsa. Ale może dzisiejszym wpisem zachęcę niejednego Sebę lub Karynę aby sami w domu zrobili doskonałe zapiekanki. Zwłaszcza, że zajmie to naprawdę nie więcej niż dwadzieścia minut jakże cennego czasu.