piątek, 3 lipca 2015

Pójdę boso w stronę słońca


Wiosna ustąpiła miejsca latu – nie tylko w kalendarzu – i właściwie od kilku już dni mamy wakacje. I choć staram się regularnie przez cały rok dbać o to aby moje stopy nie zarastały nieprzyjemnym szorstkim i haczącym, na przykład pościel, naskórkiem to postanowiłem trochę podhodować „żółwika” na piętach i poeksperymentować ze skarpetkami złuszczającymi. Tyle się o nich teraz czyta a kupić je można dosłownie wszędzie. Są i w biedronkach, rosmanach, aptekach i drogeriach. A całą ich masę znajdziemy w internetach. Cenowo też można wybierać i przebierać ile dusza zapragnie. Znajdziemy te cuda w cenach zaczynających się już od bez mała 6zł do takich nawet i w okolicy złotych 100. Aby dobrze wybrać porównałem listy INCI kilku z nich i są one podobne – co nie znaczy, że identyczne. Bo nawet zawartość „cukru w cukrze” może być inna. A na poważnie... czy INCI dokładnie prawdę Ci powie przeczytasz TU. Tak więc postanowiłem nabyć takie złuszczające skarpetki nie za tanie ale i nie za drogie. Bo skoro podobne to po co przepłacać?




Po wnikliwej lekturze kilkudziesięciu aukcji znalazłem takie, których opakowanie i sprzedawca doskonale sugerowali, że ich skarpetki mają rozmiar uniwersalny i są idealne i dla kobiet i mężczyzn. Szkoda, że nie napisali oni tylko, że chodzi tu o azjatyckich mężczyzn. Bo jak widać małe to oni mają również i stopy. Ja mam rozmiar 45. Nie jest to może jakaś przeogromna stopa ale w przypadku tego produktu okazało się, że mam za duże kajaki. Niestety użytkownik może być zaskoczony bo na opakowaniu – nie tylko tych skarpetek – też nie znajdzie informacji, że jak masz za duże stopy to „idź se po ściernisku pobiegaj może Ci pomoże”. Będąc jeszcze nieświadomy tej niespodzianki przystąpiłem do zabiegu. Zgodnie z instrukcją: „Jeżeli chcesz uzyskać lepszy efekt uprzednio wymocz nogi w ciepłej wodzie, po czym dokładnie wysusz je ręcznikiem” tak też i ja uczyniłem. Bo skoro to podniesie efektywność to czemu nie? Gdy już wytarłem namoczone stopy wyciągnąłem z pudełka srebrną saszetkę, delikatnie ją rozciąłem i bez zastanowienia lecz zgodnie z instrukcją odciąłem górny brzeg foliowej skarpetki. Niestety Kopciuszkiem nie jestem no i ten cholerny pantofelek nijak nie chciał się wpasować na moją nóżkę. Był zdecydowanie za mały. Jeśliby miał on pomieścić w swoim wnętrzu stopę w rozmiarze 39 to byłby w sam raz. Na szczęście nie byłem w domu sam, bo szukanie rozwiązania problemu ze stopą już ufajdaną po części żelem eksfoliującym mogłoby się skończyć dla mnie tragicznie. Na szczęście też dość szybko myślę w takich stresowych sytuacjach oraz mam w domu różne akcesoria, w tym i duże worki do zabiegów parafinowych, również na stopy. Dla pewności jeszcze dwie reklamówki z „biedry” i trochę taśmy klejącej. Polak potrafi! Ostrożnie rozciąłem palce foliowym skarpetkom, przyłożyłem do stopy (dużo im brakowało do mojej 45-ki ale nic to), następnie założyłem szybko worek i jeszcze w reklamówkę jakby worek okazał się zbyt łatwo rozpuszczalny przez specyfik. Potem jeszcze kilka mocowań z taśmy klejącej i seksowne foliowe onucki gotowe. Teraz wytrzymaj w tym człowieku 90 minut (średni czas zalecany przez producenta). Ja jednak (zgodnie z opisem produktu) wytrzymałem 120 minut, gdyż chciałem zobaczyć ten lepszy, ponoć mocniejszy efekt. Chodzenie z tym jednak do przyjemności nie należało. Mokro, trochę zimnawo i cały czas uczucie bagienka przelewającego się między palcami... i to chlupotanie. Ale ja twardy jestem i dałem radę. Wypłukałem to co trzeba, wysuszyłem i nie pozostało mi nic innego jak cierpliwie czekać 3-5 dni na efekty w postaci ładnie złuszczającego się naskórka.



Minęło trzy dni, pięć... minął tydzień (słownie siedem dni) a mnie zaczęło się coś złuszczać na palcach i... już następnego dnia przestało. Za to to co liczyłem, że się złuszczy uroczo stwardniało i tyle. Po prysznicu lekko miękło ale żeby zaczęło złazić no to bym nie powiedział. Mamy już 12 dni po zabiegu skarpetkowym. Zabieram się właśnie za pedicure tradycyjnie, po domowemu, moją frezarką. Przecież nie mogę tak dłużej chodzić, zwłaszcza w klapkach czy japonkach. Dobrze, że sam sobie umiem to zrobić. Z lenistwa jednak postanowiłem sobie życie ułatwić. No cóż, nie wyszło. Jednakowoż pumeks i frezarka dużo lepiej i szybciej niż zwykle poradziły sobie z zadaniem. Może to zasługa złuszczającego zabiegu?






Podsumowując. Ponad tydzień czasu wyjęty z normalnego letnio-wiosennego funkcjonowania – zero klapków bo wstyd. Pedicure i tak trzeba było zrobić klasycznie, żeby wyglądać jak człowiek. Za dużo zachodu, za mało pozytywnego efektu i w dodatku wyrzuciłem w błoto 20zł oraz straciłem kupę czasu. „Nie warto było, szaleć tak” – parafrazując jedną z rodzimych wokalistek.


Michał

14 komentarzy:

  1. miałam z L'Biotica podobne skarpetki, tylko u mnie złuszczało się wszystko ze dwa tygodnie, ciągle jakaś skóra mi złazila i już sobie z tym nie radziłam, ciągle coś się łuszczyło, też wstyd w odsloniętych butach było chodzić, w sumie złuszczał się tylko naskórek na palcach i górnej stronie stóp, a pięty jakie były takie zostały, nigdy więcej!

    OdpowiedzUsuń
  2. Michał, Twoje pozy w tych onucach są niczym z okładki Vogue! Domagam się więcej takich postów bo poplułam monitor ze śmiechu :D
    Ja kiedyś miałam do czynienia z takimi skarpetami i NIGDY WIECEJ. Mi z kolei skóra schodziła płatami i wyglądałam jak jakiś gekon w czasie wylinki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tez nieźle poćwiczyłam mięśnie brzucha :D Polak potrafi :D Hahaha a te pozy są najlepsze i Marysia przy czytaniu książki, jakbym swe koty widziala :D Ja jednak wole frezarkę zamiast skarpet :D

      Usuń
    2. Miałam to samo! Końca nie było widać, a to wszystko po skarpetkach z Biedry tych Puredream :-p

      Usuń
    3. Tak, pozy i mnie rozwaliły. :D

      Usuń
  3. Chyba dostałabym zawału, gdybym była w podobnej sytuacji... ale brawa za pomysłowość :)
    Sama nie używałam jeszcze takich skarpetek, bo... mimo chodzenia przez większość roku w ciężkich butach, nie mam potrzeby. Jeśli taka nadejdzie, mocno przemyślę takie skarpetki - ale na te chyba nawet nie spojrzę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja na szczęście z stopami problemów nie mam - zwykłe, domowe pedicure wystarcza :)
    Pomysłowości na pewno nie można Ci odmówić! :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Te stopy w biedronkowych foliówkach są przeurocze! :D Ja stosowałam dwa rodzaje skarpetek złuszczających: przy pierwszym naskórek zrobił się gumowaty, ale nic się nie złuszczało, a przy drugim (L'Biotica) łuszczyło się, ale nie powiem bym miała skórę bardziej miękką niż po tradycyjnym pedicure. Dużo lepiej u mnie się sprawdzają silikonowe skarpety nawilżające :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Z zazdrością patrzę na te nawilżone łydki :D Już się ucieszyłam, że to skarpetki w męskim rozmiarze i działające, ale niestety :( mój facet dalej musi sobie radzić sam, ja właśnie gubię skórę, ale nie wiedziałam, że to jest aż tak nieprzyjemne.

    OdpowiedzUsuń
  7. Reklamówy (Y), dobra przekonałeś mnie, biorę frezarę ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jednym słowem, co by nie robił i tak Biedronka rządzi :DDDD piękne pantofelki :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Również miałam skarpetki z L'Biotica i tak samo cudów nie było. Minął tydzień coś tam schodziło, ale nie wiele. Kiedyś dostałam takie do testów i były niestety dużo droższe i powiem Ci że efekt końcowy był nie niesamowity. Po 4 dnia oczywiście okropnie schodziła skórka i trzeba było chodzić w skarpetka, ale potem. Nóżki jak u dzidziusia.

    OdpowiedzUsuń
  10. Heheh reklamówki najlepsze. A tak na poważnie to teraz producenci prześcigają się w wymyślaniu kosmetyków do pielegnacji stóp.

    OdpowiedzUsuń
  11. Miałam skarpety za stówkę i takie sobie. Ale twoje skarpety tfu papucie z biedry są zajebiste :D ha

    OdpowiedzUsuń

JEŻELI W TREŚCI POSTA NIE PROSZĘ O LINK NIE UMIESZCZAJ GO TAM O ILE ZALEŻY CI NA TYM ŻEBY TWÓJ KOMENTARZ ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY.

Potrafię znaleźć Twojego bloga bez tego.